O granicach

20.01.2017

O granicach

Chciałabym przyjrzeć się z Wami tematowi granic.

 

Pisząc, będę się odnosiła głównie do tego co wiem o granicach z perspektywy swoich doświadczeń zawodowych, choć wydaje mi się, że nie potrafiłabym pisać o granicach, gdybym nie miała z nimi doświadczeń osobistych. Bo temat granic jest tematem bardzo osobistym :)

 

Dlaczego więc będę pisać o granicach?

 

Po pierwsze dlatego, że wokół tematu granic w relacjach między rodzicami a dziećmi, narosło wiele przekonań, które - mimo swojej długoletniej kariery w wielu rodzinach, - uwierają. Wiem, że uwierają, bo mogę o tym przeczytać w coraz bogatszej literaturze przedmiotu, ale wiem też dlatego, bo równolegle obserwuję z czym przychodzą do mojego gabinetu rodzice, zmęczeni codzienną walką, własną bezsilnością i poczuciem winy.

Po drugie dlatego, że temat granic dotyka kluczowych aspektów naszego życia – najbardziej widocznego – komunikacji z dziećmi, czyli reagowania na ich życzenia, pragnienia i potrzeby, a także na ich frustrację, złość i ból i różne trudne zachowania. Aspektem mniej widocznym a równie, o ile nie ważniejszym jest komunikacja z samym sobą – uświadamianie sobie swoich życzeń, pragnień, potrzeb i wartości oraz podejmowanie decyzji i zachowań w oparciu o nie.

Po trzecie dlatego, że temat granic w ścisły sposób dotyka zarówno dzieci jak i rodziców. Chciałabym móc napisać, że łączy dzieci i rodziców – bo posiadanie granic ciała, własnego świata psychicznego i emocjonalnego, własnej ekspresji - jest wspólne nam wszystkim. Musiałabym równocześnie dodać, że ten temat dzieli dzieci i rodziców – w prawie, jakie przyznajemy sobie i naszym dzieciom do posiadania, pokazywania granic oraz do dbania o nie.

 

Dziś będzie trochę o tym, co uwiera.

 

„Dzieciom powinno stawiać się granice, bo to daje im poczucie bezpieczeństwa”. „Rodzice powinni mówić jednym głosem”. „Rodzice powinni być konsekwentni”. „Dzieci trzeba trzymać krótko”. „Nie można pozwolić by dzieci weszły ci na głowę”.

Co mnie osobiście uwiera w tych przekonaniach?

Przede wszystkim to, że stawianie granic oznacza często wyznaczanie reguł, nakazów i zakazów komuś innemu niż sobie. Jak pisze Jesper Juul w książce „Twoje kompetentne dziecko” - tak stawiane granice stają się po prostu narzędziem sprawowania władzy.

Są rodziny, w których reguły wyznaczają dorośli. Są też takie, w których bardziej demokratycznie ustala się je wspólnie z dziećmi. Ani pierwsza, ani druga metoda nie wpływa jednak na to, co często dzieje się z nami i dziećmi, jak już te reguły ustalimy i wprowadzimy. Bo prędzej czy później rzeczywistość skonfrontuje nas z tym, że „dzieci często mają problem z przestrzeganiem ustalonych granic”.

 

Z przestrzeganiem czego dzieci mają problem?

 

W zależności od tego, czego te granice dotyczą – dzieci nie potrafią zapanować nad własną impulsywnością, bo mają niedojrzałe struktury w mózgu odpowiedzialne za hamowanie impulsywnych reakcji. Co więcej integracja między różnymi piętrami mózgu jest ciągle w procesie budowy (zainteresowanych odsyłam do dwóch pozycji: Daniel J. Siegel „Świadome rodzicielstwo” oraz tego samego autora „Zintegrowany mózg zintegrowane dziecko” . Dlatego, chociaż obiecają, „że to ostatnia bajka”, z dużym prawdopodobieństwem wściekną się, gdy będziesz chciał(a) ją wyłączyć. Kiedy po raz kolejny kogoś uderzą i przeproszą i obiecają, że to ostatni raz, możecie być pewni, że przydarzy się jeszcze kolejny raz.

W zależności od tego, jak je rozumiemy i jak o nich mówimy. Czy są bezosobowe („tak się nie robi”– czy mają swojego nadawcę („ja nie lubię jak tak robisz”). Jak mówi Juul, dzieciom bardzo trudno jest odwoływać się do czegoś, co jest tak zimne i bezosobowe jak „reguły”, „zakazy” czy „nakazy”. Nie ma tam człowieka z krwi i kości, któremu na czymś zależy, dla którego coś w życiu rodzinnym jest ważne, który by czegoś chciał, któremu coś sprawia przyjemność a co innego znowu nie. Nie ma kogoś, dla kogo dziecko mogłoby się chcieć starać. Komu mogłoby chcieć sprawić przyjemność, z kim mogłoby chcieć współpracować, komu mogłoby chcieć odmówić. Jest zasada, odgórnie narzucona - jakiś dziwny twór bez tego ”emocjonalnego mięsa” w postaci kogoś, dla kogo może ona być ważna.

 

Granice a dziecięce poczucie bezpieczeństwa.

 

Wśród dorosłych istnieje takie przekonanie, że stawianie granic daje dzieciom poczucie bezpieczeństwa.

To co sprawia, że dzieci czują się bezpiecznie jest nie tyle obecność jakichkolwiek granic co sposób ich rozumienia i pokazywania przez dorosłych. Bo czym innym jest stawiać dziecku granicę a czym innym informować dziecko o mojej własnej granicy. Mogę powiedzieć do dziecka „nie wolno Ci nikogo bić!” stawiając mu granicę, i domyślam się, że mogę wzbudzić u niego poczucie winy czy strach albo zawstydzenie albo najzwyklejszy opór (jeżeli zajmę się wyłącznie moją perspektywą).

Mogę też powiedzieć „nie lubię, kiedy mnie bijesz” albo „nie bij mnie, bo to mnie boli”, mówiąc o swojej własnej granicy i skupiając jego uwagę na tym, co dla mnie jako osoby, z którą jest w relacji – jest ok, a co nie. Dzięki takiej reakcji dziecko będzie miało większą szansę dostrzec skutki swojego działania („jak kogoś uderzysz to będzie go bolało”). I to już są konkretne informacje, z którymi można coś zrobić – „moja mama nie lubi jak ją biję”, „moją siostrę boli i płacze, kiedy ją uderzę”, „mam silne ręce”, etc. :).

Poczucie bezpieczeństwa daje dziecku świadomość, że ludzie, z którymi przebywa i jest w bliskich relacjach mają swoje granice. Każdy z dorosłych ma je w innym miejscu. Rodzice nieraz przychodzą zaskoczeni opowiadając, jak ich dziecko przy jednej osobie potrafi być spokojne a innej wchodzi na głowę. Można oczywiście przyjąć hipotezę, że jest inteligentne i wykorzystuje sytuację. Ja wolę jednak pomyśleć, że jest po prostu czujnym obserwatorem, który dostrzega granice dorosłego i naprawdę adekwatnie się do nich dopasowuje.

I tam myśl już mnie tak nie uwiera, bo ukierunkowuje temat w stronę naszej odpowiedzialności za siebie i za relację z dziećmi. Ale o tym innym razem :)

 

Podsumowując.

 

Można traktować granice jako coś zewnętrznego względem nas samych i dzieci i stawiać granice dzieciom. W konsekwencji nieprzestrzeganie granic będziemy uznawać za wyraz nieposłuszeństwa dziecka wobec stawianych mu ograniczeń. Ta perspektywa nie sprzyja temu, by przyjrzeć się, co sprawia, że dziecko mówi "nie" jakiejś zasadzie.

Można również potraktować granice jako coś osobistego – co wyraża nasze/czyjeś potrzeby, osobiste pragnienia i oczekiwania. Wtedy możemy pokazywać nasze granice dzieciom oraz dostrzegać ich własne granice. Jeżeli potraktujemy swoje „nie” oraz „nie” dziecka, jako wyraz osobistych granic – otwiera się przestrzeń na potraktowanie odmowy z którejkolwiek strony jako wyrazu osobistej potrzeby. Taka perspektywa pomaga wyjść poza rozumienie relacji rodzic – dziecko poprzez metaforę władzy i spojrzeć na nią bardziej równorzędnie (Juul pisze o tym jako równorzędność w godność), jako relację, w której każdy ma prawo wyrażać swoją perspektywę.