O odwadze przyglądania się sobie

19.08.2016

O odwadze przyglądania się sobie

Intensywne i niekontrolowane rodzicielskie emocje wydają się być wstydliwym tematem tabu. Kiedy w moich rozmowach z rodzicami pojawia się temat frustracji, irytacji, złości, wściekłości – zdarza się, że opowieści rodziców z trudem przeciskają się przez zaciśnięte gardło, odwracany wzrok, urwaną narrację czy ściszany głos... Z oporem przychodzi nam opowiedzieć komuś, że nakrzyczeliśmy na to nasze biedne dziecko, nie wytrzymaliśmy, wydarliśmy z siebie nieprzyjemne dźwięki, nieprzemyślne słowa, niechciane gesty, nie opanowaliśmy emocji, które zaczęły żyć własnym życiem.

Żal mi tych intensywnych rodzicielskich emocji, bo często są traktowane przez nas jak nieproszeni goście – przychodzą kiedy chcą, zostają tak długo jak chcą i wydawać by się mogło, że właściwie nic na nie nie działa, bo na „idź stąd’ nie zareagują. Odejdą, gdy zrobią swoje małe spustoszenie w spiżarce uczuć, zużyją zapasy życiowej energii i zostawią na dnie jeszcze bardziej niechciane wstyd i poczucie winy...

Choć wydawać by się mogło, że era telefonów komórkowych i maili wyeliminowała z naszych relacji element zaskoczenia, bo obecnie „nie wypada pojawić się w gościach bez zapowiedzenia”, to niestety w relacji z samym sobą nie jest to takie proste...

Brak „ochoty na odwiedziny” w przypadku intensywnych emocji, nie zdaje egzaminu. Co więcej niechęć, do przyjrzenia się – kim są Ci nasi „nieproszeni goście”, sprawia, że niewiele jesteśmy w stanie zrobić. Przede wszystkim trudno jest nam poczuć i nabrać przekonania, że cokolwiek możemy, poza stwierdzeniem że „ja już tak mam” lub „po prostu jestem cholerykiem”.

Co należy robić, by ponieść porażkę?

Gdybym miała stworzyć anty - instrukcję i zdefiniować co zrobić, by na pewno nie udało nam się panować nad własnym intensywnymi emocjami, powiedziałabym, że należy (oprócz doprowadzania samych wybuchów):

  • nie podejmować refleksji nad tym, co spowodowało w nas samych, że tak gwałtownie zareagowaliśmy,
  • uznać, że to dziecko i jego zachowanie są źródłem naszej frustracji i oczekiwać, że to ono ma zachowywać się inaczej,
  • wstydzić się i z nikim dorosłym o tym nie rozmawiać,
  • nie akceptować w sobie tego, że zachowujemy się w sposób nieprzemyślany i niekontrolowany, złościć się na siebie i w duchu potępiać swoje zachowanie,
  • na końcu uznać, że takie zachowanie jest ok i jest naszym narzędziem wychowawczym, no bo przecież „dziecko musi wiedzieć, że źle zrobiło”.

Być może z oburzeniem zapytacie – akceptować własne wybuchy?? Nie wstydzić się za siebie?? Nie potępiać siebie?? Przyznawać się innym, że czasem sobie nie radzimy?? Przyznawać się do błędu naszemu dziecku?? Przecież to zamach na własny rodzicielski autorytet! Spieszę uspokoić.

Na rodzicielskich wybuchach świat się nie kończy!

Nie chcę być źle zrozumiana – nie bagatelizuję i nie usprawiedliwiam niekontrolowania własnego zachowania pod wpływem intensywnych emocji. Pragnę tylko zwrócić Waszą uwagę, że jego demonizowanie wcale nam rodzicom nie pomaga. Skreślenie siebie z „listy dobrych rodziców” przy każdym możliwym okazaniu własnej ułomności może ewentualnie sprawić, że mocniej skupimy się na sobie, przywiążemy do „własnej mizerności”...i tyle. Wstyd i poczucie winy zamykają nas, nie tylko na nas samych, ale przede wszystkim na nasze dzieci. Koncentracja na tym, by przeprosić dziecko i wytłumaczyć się z naszego zachowania przynosi tylko częściową ulgę nam i naszym dzieciom. Jeżeli na tym etapie zakończymy działania i nie przyjrzymy się na spokojnie temu co się z nami działo, - nie będziemy mieli szansy na podejmowanie bardziej świadomych wyborów własnych reakcji w przyszłości.

Niestety jest też tak, że nieakceptowanie własnych nieprzyjemnych emocji jest najłatwiejszą drogą do tego by spotkać się z nimi wtedy, gdy z reguły jest już za późno.

Jak zatem przekierować siebie na naprawcze tory?

Cytując Dana Siegela, autora książki „Świadome rodzicielstwo”: „Gdy denerwuje Cię zachowanie dziecka, zwróć uwagę na swoje wewnętrzne przeżycia”.

Być może pojawi się teraz pytanie – „po co miałabym/miałbym to robić?”. „Jeżeli moje dziecko właśnie mnie uderzyło, powiedziało do mnie coś niemiłego, lub po raz kolejny mnie nie posłuchało – to dlaczego mam zajmować się sobą, a nie nim i jego zachowaniem?”.

Po pierwsze dlatego, że kiedy reagujemy „z marszu” na zachowania dzieci, te reakcje rzadko bywają dziełem świadomej decyzji – o wiele częściej są konsekwencją własnych nieuświadomionych emocji i potrzeb.

Po drugie dlatego, że przekonanie, iż to dziecko wymaga naprawy sprawia, że koncentrujemy się wyłącznie na jego zachowaniu, starając się za wszelką cenę uzyskać pożądany przez nas rezultat (np. przeprosiny, sprzątnięcie zabawek, wykonanie polecenia). W tym procesie zupełnie pomijamy to, co kryje się za zachowaniem dzieci – ich emocje, intencje, potrzeby, które próbują realizować. Co więcej, usiłując za wszelką cenę wpłynąć na zachowanie dziecka, sięgamy po zachowania, które działają tylko na chwilę i pomijają kwestię kluczową – budowanie wzajemnej relacji opartej o poczucie bezpieczeństwa, szacunek i komunikację która wspiera dziecięcy rozwój.

Każda trudna sytuacja, może być sytuacją edukacyjną – przede wszystkim dla nas, rodziców. Potraktowanie konfliktu, w tym własnego wybuchu, jako okazji do nauczenia się czegoś o sobie i o tym jak mogę inaczej komunikować swoje emocje dziecku, daje nam szansę by każdy wstydliwy incydent przekształcić w impuls do działania na rzecz własnego rozwoju.

Odzyskać nadzieję.

Doświadczanie własnych intensywnych emocji i automatycznych reakcji na zachowania dzieci często związane jest z przeżywaniem nie tylko poczucia winy ale i poczucia bezradności. O ile poczucie winy niesie ze sobą komunikat „nie powinnam/powinienem był tak się zachować” o tyle poczucie bezradności często wynika z przekonania, że „nie mam wpływu na swoje zachowanie” i „nie rozumiem dlaczego ono się wydarza”.

Często w mojej pracy z rodzicami przychodzi taki moment, kiedy dochodzimy do tego, że ze wszystkich obszarów własnego życia, to własne myśli, uczucia i podejmowane na podstawie zewnętrznych okoliczności działania stanowią kluczowy obszar naszego wpływu i decyzyjności. Wbrew wielu przekonaniom, zachowania dzieci nie mieszczą w tym obszarze, tzn. w sytuacji, gdy chcemy okazywać naszym dzieciom szacunek i dbać o ich integralność – dziecięce zachowania nie stanowią przedmiotu naszych decyzji. Oznacza to, że jeżeli w sytuacjach konfliktowych nie chcemy wzbudzać strachu w naszych dzieciach i odwoływać się do argumentu siły, krzyku czy kary – i nie chcemy by nasze dziecko działało w oparciu o nie, pozostaje nam uznać, że to, na co mamy największy wpływ i o czym realnie decydujemy – to nasza własna reakcja.

Pierwszy krok.

W tym momencie chciałbym podzielić się z Wami tym, co możecie zrobić, by w obszarze Waszego największego wpływu faktycznie poczuć, że go macie.

Zwróć uwagę na sygnały płynące z ciała.

Ciało każdego z nas ma swój charakterystyczny wzorzec reagowania. O przeżywaniu irytacji, napięcia, czy złości z reguły świadczą: zaciśnięte szczęki, zaciśnięte pięści, wzmożone pocenie się dłoni lub całego ciała, ścisk w splocie słonecznym, uścisk w żołądku, przyspieszone tętno, uderzenie gorąca, pulsowanie skroni. Nasze ciało zaczyna nam sygnalizować pierwsze oznaki napięcia zanim dojdzie do ostatecznego wybuchu.

Czy wiesz, jakie sygnały wysyła Twoje ciało, gdy stajesz się lekko poirytowany lub rozdrażniony? Czy zauważasz u siebie pierwsze objawy emocjonalnego napięcia? Najprawdopodobniej nie zaczniesz ich zauważać do póki nie zaakceptujesz faktu, że uczucie irytacji i złości nie jest najstraszniejszą rzeczą jaka może Ci się przytrafić – jest tylko jedną z wielu przeżywanych emocji i częścią wewnętrznego świata każdego z nas.

Co możesz zrobić gdy zauważysz u siebie sygnały złości?

Kiedy już uświadomisz sobie, że np. mówisz przez zaciśnięte zęby, że masz napięte mięśnie karku lub zaciśnięte dłonie – zrób coś, co pomoże Tobie je rozluźnić – poruszaj szczęką, poruszaj głową, rozprostuj palce, napij się wody, daj swojemu ciału takie bodźce, które pomogą mu się uspokoić.

Jeżeli jeszcze nie masz przekonania by to zrobić, i pytasz się w duchu „po co?!”, odpowiem tak – kiedy jesteś poddenerwowany, często od wybuchu oddzielają Cię sekundy. Skupienie swojej uwagi na sygnałach płynących z Twojego ciała, zamiast na automatycznym reagowaniu, może się okazać zbawienne i dać Ci tę jedną sekundę, która powstrzyma Cię od pochopnego działania.

Natomiast, jeżeli jesteś już po wybuchu – nic straconego! Skupienie się na tym, co dzieje się teraz z Twoim ciałem może nadal pomóc Tobie lepiej zrozumieć co się właśnie działo, dodatkowo może Cię uchronić przed nieszczęśliwym brnięciem dalej, tym razem pod wpływem poczucia winy.

Druga sprawa jest taka, że aby się zirytować, zezłościć i porządnie wkurzyć trzeba sobie pomyśleć całkiem konkretne rzeczy o drugiej osobie lub o danej sytuacji. Na przykład, należy mieć oczekiwania że dziecko powinno coś zrobić („posłuchać mnie”, „wykonać moją prośbę”, „okazać, że mnie słyszy”, „odpowiedzieć na moje pytanie”, „posprzątać swój pokój”) albo że Ty jako rodzic musisz coś teraz zrobić lub że coś musi się wydarzyć („właśnie w tej chwili coś skończyć/zacząć”, „właśnie w tej chwili wyjść”, „właśnie w tej chwili odpocząć – a dziecko powinno to uszanować”).

Kolejnym krokiem jest uświadomienie sobie własnych myśli.

Z reguły to już trochę trudniejsze, ale nadal możliwe

Po co skupiać się własnych myślach? Po to, by wiedzieć co tak naprawdę nas „nakręca”. Dość powszechne przekonanie o tym, że to inni ludzie wywołują naszą złość sprawia, że próbujemy zmieniać świat wokoło nas. Tymczasem to nie same zachowania innych ludzi (naszych dzieci) są bezpośrednią przyczyną naszej złości, tylko nasze interpretacje tych zachowań, mówiąc bardziej dosłownie – nasze prowokujące myśli.

Kiedy obserwujemy u dziecka zachowanie, które kompletnie nam się nie podoba („znów nie pozmywała naczyń”, „wcześniej nie odrobiła lekcji a teraz o 22: 00 przychodzi i mi jęczy”) możemy pozwolić by myśli automatyczne zrobiły swoje. Nawet nie zauważymy, kiedy „ona mnie nie szanuje”, „jak tak można”, „wszystko jest znów na mojej głowie” zamieni się w nieprzyjemny ton głosu lub krzyk. Myśli wywołujące złość pojawiają się zanim pojawi się widoczna reakcja. Z reguły są one tak automatyzowane, że nawet nie mamy świadomości, że je myślimy. Dopiero „monitoring na podglądzie” może sprawić, że dostrzeżemy w naszych ekspresowych reakcjach pewne wzorce myślenia, które z uwagi na dużą i długą powtarzalność po prostu stały się naszą „drugą skórą”. Zauważanie własnych myśli przed wybuchem złości, w jego trakcie, jak i po, jest pierwszym krokiem, by zyskać nad nimi większą kontrolę.

Być może jest tak, że skoro sami potrafimy siebie sprowokować, potrafimy siebie również uspokoić? Co możemy zrobić kiedy już złapiemy się na takiej „zezłoszczonej myśli”? Tutaj znów przechodzimy do gaszenia pożaru. Chodzi o to, by poszukać takiej myśli, która pozwoli nam się uspokoić, na tyle, by nie zareagować automatycznie.

Dla każdego z nas inne sformułowania mogą być pomocne. Ja podzielę się tymi, które mnie osobiście pomagają: „Tak naprawdę, to nie wiem co się stało (nie znam faktów) „, „moje dziecko jest tak pochłonięte zabawą, że nie jest w stanie mnie teraz zobaczyć”, „moje dziecko zachowuje się tak, bo cierpi”, „moje dziecko nie potrafi inaczej”, „zachowanie mojego dziecka nie jest skierowane przeciwko mnie”, „oddychaj”, „powiedz to powoli”, „czy ona naprawdę musi zrobić to właśnie teraz, dokładnie tak jak ja tego chcę?”, „czy to jest tego warte?”.

Dan Siegel w cytowanej wyżej książce „Świadome rodzicielstwo” pisze, że tym, co pomaga hamować naszą impulsywność i automatyczne reagowanie jest właśnie dialog wewnętrzny. Mówienie do siebie uspokajających komunikatów w sytuacjach zwiększonego napięcia jest jednym z elementów takiego dialogu.

Ważny jest kontekst.

Jak to się dzieje, że w pewnych warunkach jesteśmy w stanie wspiąć się na wyżyny rodzicielskiej empatii, wytrzymać napad złości naszego dziecka, przeżyć kilka minut niemiłosiernego pisku, albo ze spokojem rozmawiać, a innym razem nie?

Z reguły wynika to z tego, że są sytuacje w których mamy przestrzeń na samych siebie i nasze podstawowe potrzeby są zaspokojone oraz z tego, że stres, niewyspanie, głód lub pośpiech są w stanie dramatycznie zmniejszyć ilość naszej cierpliwości. Zdarza się, że nasze gorsze rodzicielskie momenty zależą nie tylko od tego, czy mamy świadomość jak reaguje nasz umysł i ciało, ale także od tego, czy mamy świadomość szerszej perspektywy - co aktualnie dzieje się w naszym życiu. Nie zwracając uwagi na własne potrzeby i emocje możemy doprowadzić do sytuacji, w której nasze dziecko będzie odbiorcą reakcji zupełnie niezwiązanej z jego własną osobą.

Dostrzeganie siebie, nie ani jest spektakularnym zajęciem ani panaceum na rodzinne awantury. Wymaga ciszy, spokoju i chwili dla siebie. Wymaga decyzji i gotowości, by zobaczyć co się w nas dzieje i dlaczego aż tak nas to porusza. Wymaga praktyki. I stanowi początek. Choć nie jest warunkiem wystarczającym, to z pewnością jest niezbędne by w następnej kolejności zająć się tym co naprawdę wymaga naszego działania - naprawą relacji z dzieckiem, okazaniu dziecku wsparcia w jego przeżywaniu całej sytuacji i udzieleniu mu pomocy w zrozumieniu tego co się stało.